|
|
Wydawca G+J Książki
Tłumacz
Recenzent KF
Miejsce wydania Warszawa
ISBN 978-83-7596-208-6
Liczba stron 368
Rok wydania 2011 |
Śmiem zaryzykować, że to jedna z lepszych
i dojrzalszych książek Beaty Pawlikowskich
(podróżniczych – gdyż oprócz nich, nakładem
Instytutu Wydawniczego „Latarnik”,
ukazują się poradniki „życiowe” Blondynki).
Wiele w niej zadumy nad spustoszeniem,
jakiego na kolejnym kontynencie wskutek
swej niepohamowanej ekspansji dokonał
biały człowiek, i wniosków, które nie powinny
pozostawiać nas w błogim samozadowoleniu,
jaką to łebską jesteśmy rasą. Fakt, że i w poprzednich swoich
publikacjach Pawlikowska nie omieszkiwała nam o tym przypomnieć
(„Blondynka na Zanzibarze” czy seria książek poświęconych Ameryce
Południowej), w tej jednak jej głos brzmi jakby donośniej…
Aż dziw bierze, że to pierwsza jej wyprawa do Australii. I choć –
jak mówi – każda wyprawa ją zadziwia, tutaj tych zadziwień jest jakby
więcej. Miał być szczyt lata, z 60-stopniowym żarem z nieba, a trafił się
ziąb i deszcz, ba – śnieg, który zaskoczył mieszkańców Tasmanii. Miał
być milusi miś koala, a zwierzak okazał się „zwykłym” misiem – tyle że
o specyficznych preferencjach żywieniowych (liście i łodyżki eukaliptusa
określonej odmiany). Na szczęście słynna Uluru, święta góra Aborygenów,
okazała się tym, czym miała być.
Pytana na jednym ze spotkań autorskich o cele wypraw (dlaczego
Australia, a nie np. Czechy) Pawlikowska mogłaby odesłać do swej
najnowszej książki. Pisze w niej bowiem: „Czy to nie zabawne, że coś
nas ciągnie na koniec świata? Ja miałabym blisko do Pragi, ale nie umiem
w niej znaleźć tego, czym zachwyca się Jane. Ona mogłaby łatwo podróżować
po Australii, ale wcale nie czuje takiej potrzeby. O ile łatwiej
byłoby skoczyć samochodem do Czech niż lecieć całą noc samolotem
do Kambodży! Ale z drugiej strony… Może właśnie kiedy coś jest łatwe,
to wbrew pozorom wcale nie daje tak wielkiej radości i satysfakcji
jak coś, co trzeba zdobyć z trudem?
|
|